Nota prawna

Wszelkie treści zamieszczone na blogu (zarówno teksty, jak i zdjęcia) podlegają ochronie prawnej na podstawie przepisów ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (tekst jednolity z 2006 r., Dz.U. nr 90, poz. 631 z późn. zm.). Bez zgody autora zabronione jest m.in. powielanie treści, ich kopiowanie, przedruk, przechowywanie i przetwarzanie z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, zarówno w całości, jak i w części.

Zabronione jest dalsze rozpowszechnianie, o którym mowa w art. 25 ust. 1 pkt b ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Nie oddaję zdjęć za za darmo.

sobota, 29 października 2011

RYDNO - rezerwat archeologiczny




Rydno to niezwykłe miejsce o tak długiej historii, że trudno to sobie wyobrazić. Nazwy tej próżno szukać na mapach sprzed XX wieku. Została ona bowiem wymyślona przez profesora Stefana Krukowskiego i pierwotnie brzmiała Rydzno prawdopodobnie z powodu barwy ziemi na terenie rezerwatu, podobnej kolorem do rydzów. Jest to rezerwat archeologiczny obejmujący dziesięciokilometrowy odcinek doliny rzeki Kamiennej między Skarżyskiem a Wąchockiem, z pozostałościami prehistorycznych zakładów kopalnianych, przetwórczych i miejsc wymiany towarowej.
Jeden z badaczy Rydna profesor Romuald Schild twierdzi, że nie było to jedno stanowisko czy nawet pojedyncza osada ale setki a może nawet tysiące osad skupionych wokół odkrywkowej kopalni ochry. Ochra, czyli ziarna hematytu były eksploatowane według niego już od starszej epoki kamienia czyli około dwadzieścia tysięcy lat temu aż do (na mniejszą skalę) czwartego tysiąclecia przed naszą erą – ale głównie w późnym paleolicie u schyłku epoki lodowej czyli kilkanaście tysięcy lat temu.
Na terenie kilku kilometrów kwadratowych odkryto do tej pory ponad 400 obozowisk z epoki kamiennej. Nie tylko w Europie ale nigdzie na świecie nie znaleziono takiego nagromadzenia stanowisk z tego okresu. To miejsce wyraźnie przyciągało ludzi. Wyrabiano tam z hematytu czerwony barwnik nazwany przez profesora Krukowskiego krwicą. Czerwień od pradawnych czasów była barwą życia. Krwica (mączka hematytowa zmieszana z tłuszczem zwierzęcym) była symbolem zdrowia, siły i walki. Wierzono, że człowieka nią pomalowanego omijały niebezpieczeństwa a jego broń stawała się efektywniejsza. Możliwe, że już wtedy czerwień stała się symbolem władzy i dostojeństwa jak później purpura królewska czy kardynalska. Barwnika tego używano do celów kultowych, do garbowania skór jak również w ówczesnej medycynie. Być może staczano wtedy o teren Rydna boje takie jak o dzisiejsze tereny roponośne ponieważ krwica była towarem drogim, poszukiwanym, pożądanym. Prawdopodobnie dlatego stała się przedmiotem handlu. Badacze znaleźli wiele śladów świadczących o tym, że krwica podlegała wymianie towarowej – znaleziono ślady „egzotycznych” skał np. obsydiany z terenów dzisiejszej Słowacji i Węgier, jaspis znad Wagu. Po barwnik przybywali wysłannicy ówczesnych plemion z ziem dzisiejszej Polski i jej pobliskiego sąsiedztwa.
Hematyt jest tu stosunkowo łatwo dostępny. Wystarczy odsunąć trochę ziemi zabarwionej na żółto – pomarańczowo, pogrzebać głębiej w tym miejscu i już mamy czerwony surowiec w rękach. Jednak miejscowi górnicy już 20 tysięcy lat temu potrafili kopać jamy głębokie na dwa metry. Obecnie możemy chodzić po pozostałościach ich prac i podziwiać wysokie ściany i głębokie doły, które po sobie pozostawili. Po wydobyciu hematyt był rozcierany w żarnach a potem mieszany z tłuszczem, o ile nie miał służyć do posypania zwłok (już neandertalczycy używali czerwonego barwnika do posypywania ciał swoich zmarłych). 
 
Resztki obozowisk w tym miejscu różnią się od innych pochodzących z tego samego okresu znajdowanymi w ich obrębie czerwonymi plamami, które powstały w momencie gdy pył hematytu w chwili rozcierania opadał na ziemię. Przypuszczam, że także ludzie zajmujący się wyrobem krwicy chodzili cali umorusani na czerwono.
Badacze znaleźli tutaj ślady pracowni krzemienia czekoladowego, która jest jedynym znanym nam przykładem pracowni pozakopalnianej. Bryły krzemienne były w to miejsce przynoszone prawdopodobnie z kopalni w Orońsku i Wierzbicy. Buły dzielono na mniejsze jednostki zwane rdzeniami i odbijano od nich wióry (stangi), z których wyrabiano noże. Zapasy tego cennego kruszcu przechowywano w składach ziemnych. Odnaleziono kilka magazynów tych brył. Zgromadzone one były zawsze w ilościach podzielnych przez trzy. Naukowcy uznali to za jeden z dowodów na fakt posługiwania sie przez ówczesnych ludzi trójkowym systemem liczenia, czyli takim, w którym podstawową jednostką jest trzy. To rydnowskie odkrycie jest według profesora Krukowskiego pierwszym w dziejach stwierdzeniem uporządkowanego liczenia prahistorycznego. Trójkami liczono na długo przed początkami rolnictwa, hodowli, metalurgii, pisma, miast, państw i przed narodzinami cywilizacji historycznych.
Ten niesamowity obiekt, stanowiący zabytek w skali światowej, był i niestety nadal jest niszczony. Najpierw został rozkopany, ponieważ istniało zapotrzebowanie na piasek. Wydobyty, prawdopodobnie razem z zabytkami piasek, zmieszano z cementem i użyto w budownictwie. Mimo, że od 1995 roku rezerwat stanowi część Obszaru Chronionego Krajobrazu Doliny Kamiennej od strony Skarżyska zasypywany jest śmieciami z pobliskiego wysypiska śmieci a przy Górze Rocha jest rozjeżdżany przez przez koła samochodów ciężarowych w czasie prób terenowych prowadzonych przez starachowicką fabrykę. Tak więc moi mili, parafrazując księdza Twardowskiego, spieszmy sie oglądać Rydno tak szybko przemija.


 (moja pociecha w zeszłym roku :-))

piątek, 28 października 2011

chwalenia się - ciąg dalszy

Wczoraj odebrałam wyróżnienie w konkursie fotograficznym "Morfologia Kobiecości". Wyróżnione zdjęcie zatytułowałam "Pożegnanie":



Pięknie pozowała Ewa Salwerowicz  jej miś :-)
 wyniki konkursu

środa, 26 października 2011

Chwalenie się :)

Właśnie dostałam album o Skarżysku ze spora ilością moich zdjęć :) Ładne, duże wydanie a zdjęcia na takim papierze prezentują się elegancko :))

niedziela, 23 października 2011

Odlewnie Polskie Starachowice


Chyba moja najciekawsze wyprawa fotograficzna. Wszystko dzięki uprzejmości Prezesa, który rozumie fotografów i pozwala na wejścia. Pracownikom także należą się wielkie dzięki za cierpliwość z jaką mnie znosili :)




 Miejsce niezwykle klimatyczne i ciekawe, jednak trudne do pracy. Dwa razy miałam przyjemność fotografować - może i trzeci raz się uda.

środa, 19 października 2011

odwrócona połówka opanowana!


Zawsze chciałam mieć na zdjęciach niewypalone słonce :)) zaopatrzyłam się więc w odwrócona połówkę czyli filtr revers ND 0.9 HITECH i niestety trochę trwało nim opanowałam jej stosowanie - to pierwsze zdjęcie jakie ośmielam się pokazać :))

A tak poza tym to zupełnie zapomniałam jak fotografuje się zachody bo ja ciągle wschody i wschody ... :))

poniedziałek, 17 października 2011

Wakacje z duchami




Duchy. Pokutujące, szukające, straszące, pilnujące ... Każde szanujące się zamczysko, pałac czy ruiny powinny mieć swojego ducha, którego zbroczony prawdziwą krwią rodowód jest mocno osadzony w historii. Biała dama, rycerz, kasztelan, Czerwony Pan to tylko niektóre ze zjaw nawiedzających świętokrzyskie zamki. A każda z nich ma swoją własną mroczną historię.
Niektóre duchy nawet po śmierci kontynuują obowiązki, które wypełniały za życia tak jak Biała Dama z zamku w Chęcinach. Niektórzy mówią, że to sama Bona dogląda skarbów tam przez siebie zostawionych, inni (do tych i ja się zaliczam) dementują - to nie ona tylko jej zaufany sługa, stróż skarbu, Brancaccio. Za życia, na tym zamku strzegł skarbów, może powrócił po śmierci i czeka na rozkazy swej pani. W czasie powrotu Bony do Włoch po śmierci męża, króla Zygmunta Starego, załamał się pod jednym z wyładowanych skarbami wozów most na płynącej nieopodal Chęcin Nidzie. Skarby zostawiono na zamku, gdzieś w jakimś skarbczyku, czy w szczelinie muru prędko zamurowanej. Podobno Brancaccio często owijał się białym płaszczem gdyż zimno mu było w naszym klimacie. Już za życia chodził po zamku cicho jak duch doglądając skarbów swej pani i nieraz wartownika zaskoczył na drzemce.
Wędrując po zamkach możemy natknąć się także na rycerzy zmarłych w dalekich krajach, którzy po śmierci wrócili w rodzinne strony tak jak duch z Krzyżtoporu. Wzniesiony w Ujeździe "ku wiecznej chwale rodu Ossolińskich" najwspanialszy polski pałac-warownia jest dziś ogromną tzw. trwałą ruiną. Przetrwał nienaruszony 11 lat, a potem dogorywał przez następne 100. Kolejne dwa wieki czekał na odbudowę, ale mógł liczyć tylko na przykrycie dachem nagich murów. Nie mieli szczęścia też jego właściciele: fundator zmarł na febrę, nie przeżywszy nawet roku w swej budowli, jego syn Krzysztof Baldwin zginął wkrótce po nim bezpotomnie od strzały tatarskiej na Podolu.
Pozostałości zamku robią niezwykłe wrażenie; właściwie nie dziwi nikogo, że w takiej budowli pojawiają się aż dwa etatowe duchy: czarnego rycerza w zbroi husarskiej (podobno to Krzysztof Baldwin) i młodej kobiety (czyżby jedna z żon?). Gdzie jednak podziewa się duch budowniczego zamku - Krzysztofa Ossolińskiego? Powinien trwać w tych ruinach jako pole energii, którą 350 lat temu skupił w tym miejscu, tworząc dzieło tak ogromne i tak przemyślane. Mówią, że krótki żywot zamku był karą za pychę Krzysztofa, który próbował tą budowlą wynieść swój ród ponad inne. Więc może to duch zawiści, rodem z polskiego piekła, zniweczył dzieło Ossolińskich? Byłby to jeszcze jeden duch w tych ruinach.
W starych zamkach i pałacach możemy się natknąć nie tylko na rycerzy. W “haremie” w Grabkach Dużych na Pogórzu Szydłowskim, spotkamy ducha rozpustnego kasztelana Stanisława Rupniewskiego. Dostał się on do niewoli tureckiej ratując Wiedeń w czasie sławnej odsieczy Jana III Sobieskiego i przez 20 lat przebywał jako niewolnik w Turcji. Przyjął religię i zwyczaje tego kraju. Wykupiony przez rodzinę wrócił do Polski gdzie żył w dobrobycie wyznając Islam. W Grabkach wybudował pałac w stylu orientalnym gdzie zamieszkiwały panie z którymi “miło spędzał czas”. Tak było do chwili gdy poznał piekną pannę z Szydłowa dla której stracił głowę. Pewnego dnia zabrał ją na przejażdżkę i próbował wywieźć do Grabek. Jednak rozpędzony powóz roztrzaskał się o drzewo. Pannie nic się nie stało ale Rupniewski zginął na miejscu nadziawszy sie na swój kindżał tatarski, który zawsze miał przy sobie. Od tego czasu ducha kasztelana widuje się to tu to tam gdy trzyma się za obficie krwawiący brzuch, tak jakby przeżywał swoją śmierć ciągle od nowa.
O jednych duchach wiemy sporo – o innych prawie nic. Zazdrośnie strzegą swojej tożsamości. Jeden z takich tajemniczych duchów związany jest także z rodem Ossolińskich. To rezydujący w Ossolinie Czerwony Panek. Po tej niegdyś wspaniałej siedzibie Jerzego Ossolińskiego – brata Krzysztofa – zostało obecnie mniej niż po Krzyżtoporze: arkada mostu, fragmenty murów, kawałek bramy wjazdowej i fundamentów. Ubrana w czerwony surdut i czapkę zjawa, nazywana Czerwonym Pankiem, za dnia kryje się w piwnicach zamkowych a nocą na czerwonym koniu przejeżdza przez resztki mostu do miejsca gdzie niegdyś była gorzelnia. Duch ten bardzo nie lubi być podglądany – niejeden śmiałek poszukujący go miał już “wypadek”.
Niektóre z duchów zostały oswojone tak jak Biała Dama z Chęcin, która ukazuje się na murach zamku zawsze latem o 22.00. Inne są zupełnie nieprzewidywalne tak jak Rupniewski czy Czerwony Panek. Przeważnie nie robią one krzywdy spragnionym wrażeń turystom. Czyżby dlatego, że duch bez turystów jest jak aktor bez widowni?
Większość zamków szczyci się swoimi zjawami i nic w tym dziwnego, gdyż bardzo podnoszą prestiż miejsca. Tylko w Sobkowie milczą na temat duchów. Czy naprawdę tam nikt nie straszy? A może tylko tak nam się wydaje?

chorowajka

jakoś trzeba chorowajce znajdować zajęcie :) Czy ktoś jeszcze pamięta jak robiło się inne zwierzaki z kasztanów? :)

środa, 12 października 2011

Szydłów



W ostatnich dniach razem z Ewą i Piotrem i wbrew plotkom bez Darka odwiedziliśmy kilka miejsc w świętokrzyskim, miedzy innymi Szydłów - małą, niezwykłą miejscowość położoną w najwyższej części Pogórza Szydłowskiego.



Określenie "małe, polskie Carcassonne" dobrze do niego pasuje, gdyż główną jego atrakcję stanowi dobrze zachowany zespół murów obronnych wzniesionych przez Kazimierza Wielkiego. Całe to niewielkie miasteczko sprawia wrażenie przeniesionego w czasie. Gdy kilka lat temu pierwszy raz stanęłam przed murami obronnymi zza których wystawały dachy budynków i kościół Św. Władysława przez moment zawahałam się... czy to nadal XXI wiek czy też znalazłam się nagle w środku średniowiecza.
    Do dziś zachowało się około 700 m murów. Ciekawostką jest wystawienie w XIX wieku murów obronnych na sprzedaż, do rozbiórki jako materiał budowlany. W Szydłowie jednak materiału budowlanego nie brakowało w naturalnych złożach więc do sprzedaży, mimo późniejszej przeceny, na szczęście nie doszło.
    Piętnastowieczny zamek jest niewątpliwie najważniejszą częścią fortyfikacji. Zbudowano go na miejscu wcześniej istniejącego dworu książęcego. Dzisiaj zabezpieczona ruina stanowi niestety tylko namiastkę dawnej warowni.


Największą część zamku zajmowały pomieszczenia mieszkalne wzniesione na planie prostokąta (35x13m). Na piętrze od strony murów znajdowała się Sala Rycerska z wnęką kominkową. Zwróciłam też uwagę na basztę zwaną "skarbczykiem", która wystaje ok 4 metry ponad mury. W dole pod zamkiem widać niewielki strumień awansowany do rangi rzeczki nazwą "Cieknąca".Nazwa miejscowości według legendy pochodzi od nazwiska Szydło, rozbójnika za którego skarb wzniesiono miasto. Szydło jako jeden
z nielicznych zbójów świętokrzyskich ocalił szyję właśnie za cenę oddania złupionych skarbów.
     W miejscowości, którą  często odwiedzały koronowane głowy znajdował się początkowo dwór książęcy a potem zamek, który wraz z murami obronnymi stanowił skuteczny system obronny. W mieście odbywały się liczne jarmarki a rzemieślnicy zrzeszani byli w cechach.
Największą część zamku zajmowały pomieszczenia mieszkalne wzniesione na planie prostokąta (35x13m). Na piętrze od strony murów znajdowała się Sala Rycerska z wnęką kominkową. Zwróciłam też uwagę na basztę zwaną "skarbczykiem", która wystaje ok 4 metry ponad mury. W dole pod zamkiem widać niewielki strumień awansowany do rangi rzeczki nazwą "Cieknąca".Nazwa miejscowości według legendy pochodzi od nazwiska Szydło, rozbójnika za którego skarb wzniesiono miasto. Szydło jako jeden
z nielicznych zbójów świętokrzyskich ocalił szyję właśnie za cenę oddania złupionych skarbów.
     W miejscowości, którą  często odwiedzały koronowane głowy znajdował się początkowo dwór książęcy a potem zamek, który wraz z murami obronnymi stanowił skuteczny system obronny. W mieście odbywały się liczne jarmarki a rzemieślnicy zrzeszani byli w cechach.


      Dużą grupę mieszkańców stanowili tu Żydzi. Posiadali oni synagogę ufunduwaną przez Kazimierza Wielkiego. Być może król fundując ją myślał o swojej ukochanej Esterce. W każdym razie był to jeden z pierwszych tego rodzaju obiektów w Polsce.
    Moją uwagę przykuła przepięknie się prezentująca, doskonale zachowana brama Krakowska, przez którą jeszcze do czasów II wojny światowej można było wjechać do centrum miasteczka. Wzniesiona razem z pozostałymi elementami murów doczekała się późniejszej rozbudowy, której efektem są renesansowe wieżyczki i attyka. Obok bramy Krakowskiej funkcjonowały jeszcze inne nieistniejące już dzisiaj: od południa brama Opatowska i od wschodu Sandomierska.
Spod bramy Krakowskiej dobrze jest widoczny stojący na wzgórzu nad stromą skarpą kryty gontem kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych z XIV/XV wieku. W stromej ścianie pod kościołem znajdują się trzy jaskinie które miał zamieszkiwać Szydło. Według legendy rozbójnik Szydło miał ukryć część skarbów gdzieś na kościelnym wzgórzu. Do tej pory ich nie odnaleziono. Może warto by było  przeprowadzić małe poszukiwania?

Z osobą króla Kazimierza Wielkiego związany jest także kościół p. w. Świętego Władysława.
Mianowicie biskup krakowski Bodzanta, oburzony na Kazimierza Wielkiego za zajęcie przez niego dóbr biskupich koło Muszyny wysłał doń z pisemnym upomnieniem
  i groźbą klątwy księdza Marcina Baryczkę, zwykłego wikariusza. Król rozgniewany listem biskupa i niską rangą posłańca, który przemawiał do niego jak do równego sobie, nakazał Baryczkę wrzucić do Wisły pod lód. Rzecz dotarła aż do papieża. Jako pokutę wyznaczono królowi wiele fundacji na rzecz duchowieństwa. Przytoczę za Długoszem sześć kościołów pokutnych  serii baryczkowskiej: Szydłów, Sandomierz, Stopnica, Wiślica, Kargów i Zagość.
    Łatwo jest rozpoznać te kościoły, ponieważ łączy je budowa: podział wnętrza na dwie nawy i rząd kolumn biegnących przez środek, które uniemożliwiają zobaczenie ołtarza z wejścia głównego - to mała zemsta królewska. W samym kościele zwróciłam uwagę na XVI ołtarz boczny w którym autor obok figur świętych umieścił i swoją podobiznę. Szydłów istniał już w XII wieku. Bardzo szybko się rowijał, sprzyjało temu jego położenie na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych Kraków - Opatów oraz Sandomierz - Jędrzejów.








    Gdy szlaki te straciły na swojej ważności utracił też znaczenie Szydłów.  Miasto było kilka razy niszczone w trakcie działań wojennych w tym raz przez wojska królewskie, które rozgniewane brakiem żołdu splądrowały je i spaliły.
    W tym urokliwym mieście brakowało mi jedynie jakiś kawiarenek
i przytulnych restauracji  w których można by zjeść i odpocząć po zwiedzaniu miasta. Nie ma też bazy noclegowej. Przypuszczam, że jest to spowodowane tym że obecnie Szydlów jak i całe Ponidzie jest trochę zapomniany przez ludzi.
               

zapraszam też do zdjęć z miasteczkabramy krakowskiej.

czwartek, 6 października 2011

przypadkowy strzał

Zupełnie przypadkiem weszła w kadr. Nim zdołałam cokolwiek zmienić w ustawieniach - zwiała. Namęczyłam się mocno by ją wydobyć z tła. Chłopaki (i dziewczyny) uprawiający fotografię przyrodnicza mają ciężki kawałek chleba :)

wtorek, 4 października 2011

w środku miasta

Starachowice: 55tysięcy mieszkańców, 11 kościołów, 1 dom publiczny i ani jednego seks shopu ... ale za to jakie widoki praktycznie w środku miasta :) - świtaniec nad zakolem kamiennej :)